Wędrówka w Alpach
Tyle samo wędrowania, co wylegiwania się na łąkach. Takiego czasu potrzebowałem. Droga niezaplanowana układała się sama dzień po dniu. Jakby natura wiedziała, jak najlepiej mnie prowadzić. Głównie lasami, stromo w górę, bardzo stromo w dół. Głębokie doliny, którędy nie idzie żadna droga. Wąska, kamienista ścieżka, na której trzeba uważać, bo potknięcie może skończyć się kilkadziesiąt metrów niżej. A potem widokowe polany – nagroda dla oczu. Przez trzy dni nie spotkałem człowieka, za to kilka razy sarny przyglądały mi się bez ruchu, nie czując zagrożenia.
Idąc, wydaje mi się, że prawie nie myślę. Albo wciąż o tym samym: ile nabrać wody, by starczyło, a nie nosić za dużo, którą ścieżkę wybrać, gdzie rozłożyć się na nocleg. A kiedy leżę na trawie, patrząc na chmury albo na panoramę szczytów, w głowie mam pustkę. Znikam. A jednak jestem. To, co czasem przydarza mi się podczas medytacji, tutaj dzieje się przez większość dnia. Bycie.
Prostota. Tym jest to doświadczenie. Pakując się, ograniczyłem do minimum, a przecież wszystkiego wystarczyło. Czas, w którym mogę się rozpuścić. Przestrzeń, wyciągająca myśli z głowy. Zmęczenie, które jest koniecznym elementem doświadczenia. Dzięki któremu raczej czuję ciałem, niż oglądam oczami. Zieleń – kojąca, przyjazna, przyjmująca do siebie.
Wróciłem, jak zawsze z takich wypraw, lżejszy. Spokojny. Z ufnością do tego, co życie niesie. A w ostatnich chwilach przed powrotem spotkałem troje emerytów zmierzających na trzydziestodniową drogę do Composteli przez całą Hiszpanię. Może to znak, na jaki czekałem?




